Montessoriańska grupa to fenomen, który da się zrozumieć tylko doświadczeniem, praktyką, obserwacją, eksperymentem. Mimo że sporo się o nim nasłuchałam, naczytałam, to lepiej pojęłam dopiero wtedy, kiedy doświadczyłam na własnej skórze. Po wielu, wielu rozmowach z praktykami, po hospitacjach w doskonale funkcjonujących szkołach z wypracowanym przez długie lata bezcennym know how, a przede wszystkim po doświadczeniu – na jednym ze szkoleń – najprawdziwszej pracy własnej. Czyli po osobistym wsiąknięciu w ten strumień znikającego czasu, flow, kiedy się bez reszty przepada w czynności, którą się wykonuje i chciałoby się nigdy nie kończyć. To było doświadczenie tak sugestywne i mocne, że po nim od razu, z biegu definitywnie przeformułowałam swój sposób pracy z grupą, a wraz z nim całą organizację szkolnego dnia.
Chyba dopiero wtedy zrozumiałam, czym jest/powinna być ta słynna praca własna. Zrozumiałam, że tym, co jej sprzyja, i co stanowi warunek sine qua non jest wolność. Dlatego zawiesiłam wszelkie planowanie oparte na moich nie zawsze dopuszczających sprzeciw sugestiach ;). Doszłam do wniosku, że planowanie pracy z wyprzedzeniem jest jednym z czynników, który może całkowicie unicestwić flow. A bez flow praca własna to tylko odsiedzenie określonego czasu z ewentualnym odbębnieniem narzuconych z zewnątrz zadań. Żeby praca własna miała sens, powinna się zaczynać od impulsu, na tyle silnego, że pobudzającego do konkretnego działania, od autentycznej emocji, czyli od własnej chęci, której nie da się za bardzo zaplanować, przewidzieć, bo jest sprawą danego momentu, aktualnego nastroju, ochoty, otwarcia i pozostawienia naprawdę wolnej przestrzeni na inspiracje płynące z jedynego i niepowtarzalnego w danej chwili otoczenia.
Obecnie sądzę, że taki właśnie spontaniczny, jak najbardziej uwolniony od zewnętrznych ograniczeń tryb pracy jest istotą montessoriańskiej szkoły. Nie same materiały, półki. Tylko montessoriańska grupa. Czyli taka, która jest przyzwyczajona do samodzielnego działania, do decydowania, do przejmowania odpowiedzialności za swój rozwój. Na tyle zaangażowana w wybrane przez siebie czynności, że wyciszona, skupiona i bez reszty pochłonięta pracą. Uwielbiam momenty, kiedy to się dzieje naprawdę, kiedy funkcjonuje tak, jak należy. Kiedy siedzę spokojnie i tylko obserwuję klasę albo sama też daję się wciągnąć w wir jakichś swoich działań. Kiedy w sali jest cicho jak makiem zasiał. Samo z siebie, bez mojego odgórnego sterowania.
Testuję w praktyce, ile czasu dzieci dają radę pozostawać w takim stanie. Na razie mi wychodzi, że u dziewięcio-dziesięciolatków jednorazowo to ok. 1,5 godziny. Później konieczna jest przerwa. Na odprężenie, rozluźnienie, rozmowy, ruch, posiłek – na powrót do świata.
Na początku nie umiałam w praktyce pogodzić trybu pracy własnej z różnymi czynnikami obecnymi z jakiejś konieczności w szkole: z obowiązkiem realizowania jednolitej podstawy programowej, z rozmaitymi niedostatkami własnej, wewnętrznej motywacji uczniów, z naturalną u dzieci ogromną fizjologiczną potrzebą ruchu, kontaktu, zabawy etc.
Rozwiązanie podpowiedziały mi obserwacje, rozmowy, testy/eksperymenty z grupą, a przede wszystkim nieustanne sprawdzanie reakcji dzieciaków, sondowanie ich potrzeb.
Cały ten proces poszukiwań podsumował mi niedawno jeden z moich uczniów – a inni go gorąco poparli – słowami mniej więcej takimi: „Uwielbiam wspólną pracę z całą grupą! Można wtedy podyskutować. Różne osoby mówią różne ciekawe rzeczy, inne niż sam mógłbym wymyślić. Można się z tego dużo dowiedzieć i nauczyć. I w ogóle jest weselej, fajniej niż na pracy własnej, na której czasem jest tak… smętnie. I samotnie”.
Tak! Praca własna dość ostro przeciwstawiona pracy w grupie. Zdanie dla mnie niezmiernie ważne, bo pochodzące od najważniejszego uczestnika tego procesu – od ucznia. Praca z minimalnym wsparciem nauczyciela przeciwstawiona pracy z nauczycielem jako liderem grupy. Praca w samotności i wewnętrznym skupieniu pracy dynamicznej, czasem głośnej, rozemocjonowanej.
Odnoszę wrażenie, że kluczowe jest nieustanne szukanie i zachowywanie równowagi między jednym a drugim stylem działania. Między potrzebą wewnętrznego wyciszenia i skupienia, zamknięcia się w sobie, odcięcia od świata, a potrzebą dyskusji, twórczej wymiany myśli, inspiracji, doświadczeń, otwarcia na innych.
To dwa różne sposoby generowania flow, emocji będących paliwem angażowanie, zapamiętywanie, uczenia się, rozwoju. Lubię doświadczać razem z klasą jednego i drugiego. Czasem się zdarza, że trudno jest te dwa style sterylnie od siebie odseparować. Bo życie jest życiem – weryfikuje różne teoretyczne założenia. Ale powoli, powoli uczę się wykorzystywać naturalną dynamikę grupy, a nie przeć do jej apriorycznego aranżowania.





