W nauczaniu języka metodą Montessori ogromnie ważne miejsce zajmują wszelkie działania prowadzące do budowania i rozwijania słownictwa.
Od małego, od przedszkola, montessoriańskie dzieci mają na półkach materiały dotyczące rymów, synonimów, antonimów, homonimów. Już przedszkolaki znają te pojęcia!
Na początku taki styl nauczania nie był dla mnie w pełni zrozumiały, nie czułam go. Zastanawiałam się, po co to w tak młodym wieku? czy to aby nie sztuka dla sztuki?
Nie rozumiałam, dopóki obserwowałam te edukacyjne zabiegi jako wyrwane z kontekstu.
Zrozumiałam dopiero, kiedy kontekst samoczynnie mi wyrósł w trakcie pracy z dziećmi i kiedy rozwijanie słownictwa stało się prawdziwą potrzebą naszej szkolnej grupy.
A stało się to w momencie, kiedy zagłębiliśmy w teksty – i te gotowe, czytane na zajęciach, i te, które dzieci tworzyły same. Okazało się, że aby percypować czytany tekst, trzeba rozumieć. Aby pisać – trzeba mieć bogaty zasób słów i swobodnie tworzyć związki między nimi.
Podjęliśmy więc krok po kroku próbę deszyfracji otaczających nas zewsząd tekstów. Okazało się, że nie całkiem pojmowalne słowa na swój sposób fascynują i przyciągają uwagę dzieci. Odczytywanie wers po wersie obowiązkowej Pani Twardowskiej Mickiewicza wciągnęło uczniów do tego stopnia, że przestałam się bać czytania z nimi Mickiewicza. Później były jeszcze fragmenty Pana Tadeusza, a na Zaduszki – kawałki II części Dziadów, które dzieci do tej pory pamiętają i cytują dla zabawy.
Apogeum ten proces osiągnął, kiedy dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia czytaliśmy Franciszka Karpińskiego „Bóg się rodzi…”. Kolęda to większości uczniów zanana, często na pamięć, bo zdążyli się z nią osłuchać, niektórzy ją śpiewali, niektórzy – znali słabo, jak przez mgłę, albo wcale i zaciekawiło ich samo jej istnienie. Dla wszystkich okazała się niezwykle interesująca i wszyscy chcieli rozjaśnić swojej rozumienie tego tekstu, słów, które od lat automatycznie powtarzają, ale jak się nad nimi naprawdę zatrzymać, to nie wiedzą, co właściwie znaczą. Na przykład jeden chłopiec był urzeczony, kiedy odkrył, co to takiego „chwała”, skąd się wzięła… To był ten moment, kiedy najzwyczajniejsze zajęcia, z prostą strukturalną analizą tekstu, bez żadnych dydaktycznych fajerwerków, dały radę przytrzymać uwagę dzieci na tyle czasu, ile było potrzebne do uważnej, rozjaśniającej znaczenia lektury tekstu.
Od czasów tej kolędy zaczęłam myśleć nad konkretnymi ćwiczeniami i zadaniami z leksykologii.
I myślę tak do tej pory.
Oto kilka przykładów, co się z tego myślenia urodziło:
Po pierwsze, doszłam do wniosku, że bardzo lubię uczyć języka na żywych tekstach, na literaturze, na pięknych zdaniach z klasyki wziętych.
Dzieci się emocjonują, kiedy w ćwiczeniach z gramatyki odnajdują znane już zdania, ulubionych bohaterów. Wgłębienie się w takie zdanie, zbadanie jego struktury sprawia, że ono zostaje gdzieś głęboko w umyśle i staje się jedną z cegiełek budujących idiolekt konkretnej osoby.
Po drugie, staram się zachęcać dzieci do nieustannego korzystania z rozmaitych słowników, do szukania znaczeń, wizualizowania ich sobie, do rozmaitych zabaw słowami.
W tym celu tworzę klocki ze słowami, szufladki z synonimami, homonimami, antonimami, paronimami… Wariantów takich zabaw może być nieskończenie wiele. To tylko kilka przykładów.
Jestem w pełni usatysfakcjonowana, kiedy uczeń w czasie pracy własnej popracuje nad jednym-dwoma słowami, wgłębi się w nie, poszuka czegoś na ich temat, zbierze informacje o ich desygnatach, spróbuje wkomponować w kontekst…
A wszystko dlatego, że w kontakcie z dziećmi wyraźniej niż kiedykolwiek uświadomiłam sobie, jak bardzo ważne jest rozumienie. I wychowywanie ludzi, którzy starają się rozumieć, dla których rozumienie jest istotną wartością. Ludzi, którzy uczą się coraz bardziej niuansować znaczenia, coraz adekwatniejsze i bliższe sedna słowa dobierać w swoim opisie świata i w dialogu. Słownictwo konstruuje przecież bardzo istotną część życia wewnętrznego człowieka. Rozwija go i kształtuje. Nie dotrze się zwykle do tego, czego nie umie się nazwać. Słownik w dużej mierze buduje nasz obraz rzeczywistości, wyznacza jego granice. I lepiej, kiedy ten obraz nie pozostaje czarno-biały i płaski, ale staje się coraz bogatszy, wielowymiarowy. Im więcej ma on barw i ich odcieni, tym osoba, która się nim posługuje, wrażliwsza na otoczenie. Taka osoba starająca się dogłębnie zrozumieć, zanim wyda jakikolwiek sąd. Osoba otwarta, bo w pierwszej kolejności ciekawa, jak inni rozumieją/postrzegają rzeczy i sprawy… Osoba uważna i umiejąca najpierw słuchać, później mówić i pisać. Osoba komunikująca się – czyli szukająca porozumienia, a w efekcie jedności, wspólnoty. Co może być ważniejszego w międzyludzkich relacjach? To kształtuje całą przestrzeń dialogu, w której uczestniczymy, która jest zasadnicza dla jakości naszego życia.















Czy moglaby Pani opisac cwiczenia prezentowane na zdjeciach? Interesuja mnie w szczegolnosci te kolorowe paski ze zdaniami z Zimy Muminkow, co to jest, o co chodzi z tymi punktami?
Materiał z Muminkami służy do nauki rozbioru logicznego zdania. W pierwszej kolejności do ustalenia związków wyrazowych w zdaniu (na razie bez konieczności nazywania części zdania), czyli: które wyrazy tworzą ze sobą związki i który w obrębie związku jest nadrzędny, który podrzędny.
Opanowanie tego doprowadzi do poprawnego konstruowania schematów zdań pojedynczych.
Kolory oznaczają stopień trudności: zdania niebieskie składają się tylko z trzech elementów – związku głównego, czyli podmiotu i orzeczenia, oraz jednego określenia którejś z tych części zdania. Od tych niebieskich warto zaczynać. Zielone zdania składają się z czterech elementów, żółte z pięciu itd. Czerwone są zdaniami najdłuższymi, mają po dziesięć elementów i oznaczają duży stopień zaawansowania w logicznej analizie zdania.
Można ten materiał wykorzystać jako grę i za ułożenie poszczególnych zadań przyznawać dziecku punkty – za zdanie niebieskie 3, za zielone 4 itd. Można te punkty zapisywać albo przesuwać pionek na planszy o tyle oczek, ile dziecko zdobyło punktów w danej rundzie.