Co za luz w szkole…!

Przeszłam w życiu mnóstwo etapów edukacji, włącznie ze studiami doktoranckimi, mnóstwo różnych placówek, uczyłam po trochu na wszystkich chyba możliwych poziomach, włącznie z prowadzeniem zajęć z historii literatury staropolskiej dla studentów polonistyki i edytorstwa.
Na każdym z tych etapów szczególnie dojmującym doświadczeniem był stres i napędzające go (a może napędzane przez niego?) poczucie wstydu i strachu. Przed czym? Przed tym, że nie umiem. Albo umiem za mało. Albo nie tak, jak trzeba. Że powiem o analizowanym tekście coś głupiego, nieadekwatnego, że zostanę złapana na wyważaniu otwartych drzwi, bo kiedyś ktoś już sformułował myśl, która wydała mi się przez chwilę nowatorska i moja, a teraz wstyd, że nie znałem jakiegoś już istniejącego omówienia problemu… I można by tak w nieskończoność…
Im wyższy poziom edukacji, tym więc tego lęku – przed naukową gafą.

Myślę, że taki strach rodzi się powolutku, od samego początku. Od pierwszych uwag nauczyciela zawstydzających dziecko przy całej klasie. Od pierwszych besztań, nagan – że jak to: tego jeszcze nie umiesz???
Im dalej, tym ten stres i wstyd bardziej wyrafinowany, dotyczący coraz drobniejszych niuansów.
To przez niego studenci wolą raczej milczeć jak głaz na zajęciach, niż zaryzykować wypowiedź, która mogłaby obnażyć jakąś niewiedzę, niedostatek.
A wykładowcy swoim świętym oburzeniem na ignorancję bardzo skutecznie podsycają te emocje.
Czasem nawet cytują w serwisach społecznościowych jako niedorzeczności przeznaczone do naśmiewania się fragmenty prac swoich studentów.

Nikt chyba nie zaprzeczy, że w takich warunkach trudno się rozwijać, trudno się czegokolwiek nauczyć. Trudno dyskutować, wchodzić w dialog. Zajęcia to często monolog prowadzącego. Sytuacja się niejako betonuje – po jednej i po drugiej stronie barykady – i w świadomości uczniów, i nauczycieli. Na studiach wyższych osiąga apogeum, bo w takim wieku, na takim poziomie jakakolwiek niewiedza to już wstyd nieskończony. Trwa więc sobie status quo oparty na micie, że „dawniej to było dobrze, uczniowie pojętni, studenci mądrzy, poziom nauczania wysoki, a teraz, im dalej w czas, tym gorzej… sama degeneracja – wszyscy głupi, nie ma z kim pracować, rozmawiać”.
Przyznam szczerze, że nie znoszę tego stanu rzeczy i skutecznie mnie on odstręczał przez wiele lat od edukacji…

Tymczasem, kiedy zostałam mamą, zeszłam z poziomu akademickiego – okazało się, że ostatecznie – i przemierzyłam z własnymi dziećmi ich ścieżkę rozwoju, również szkolnego. Dowiedziałam się, że są czasy, kiedy nie ma jeszcze żadnego wstydu. Okazało się to doświadczeniem tak fascynującym i pięknym, że ostatecznie wylądowałam w szkole, ucząc dziesięciolatki, czwartoklasistów (mój młodszy syn jest w ich wieku, co bardzo mi pomaga w rozumieniu tego momentu rozwojowego).

I mam z tymi dziesięciolatkami absolutny, cudowny luz. Nie wiem, czy to wynika z przeświadczenia, że jeszcze są mali i „mają prawo nie wiedzieć/nie umieć”, czy też z faktu, że nigdy mnie nie kręciło budowanie na brakach, ale raczej na zasobach, które są w akurat pod ręką, bez narzekania na to, co aktualnie pozostaje poza zasięgiem.

Uczę w szkole alternatywnej, więc mam sporo swobody w doborze i treści nauczania, i środków, za pomocą których przekazuję je uczniom. Nie jest więc dla mnie żadnym problemem, kiedy dostrzegam jakiś obszar, na którym dzieci popełniają błędy, który nie do końca rozumieją. Po prostu najzwyczajniej w świecie wracamy do tego, bez żadnego stresu, bez zawstydzania.

Niedawno zauważyłam, że dziesięcioletnie dzieci mają problem z pisownią zmiękczeń. Nie zawsze wiedzą, kiedy „i”, kiedy znak diakrytyczny. Na ich pracach z matematyki dostrzegłam napisy typu „ćęciwa”. I to był impuls, żeby do tematu powrócić. Przygotowałam dla uczniów materiał, dzięki któremu mogli poćwiczyć pisownię zmiękczeń.

Omówiłam z całą grupą zasady, poćwiczyliśmy ich stosowanie zespołowo na tablicy. Materiał spodobał się czwartakom. Nazajutrz rano zastałam ich niemal wszystkich nad kartami ze zmiękczeniami – zabrali się do nich jeszcze zanim zdążyłam się pojawić na pracy własnej! Niektórzy uczyli się sami, niektórzy przepytywali się w parach. Jedna dziewczynka zrobiła dla drugiej notatkę z mnóstwem przykładów…

Zaczęliśmy pracę nad tym zagadnieniem w poniedziałek. Na piątek ułożyłam dzieciom nieco absurdalny tekst najeżony zmiękczeniami i urządziłam pisanie ze słuchu. Napisali naprawdę świetnie! Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona.

A najcenniejsze dla mnie w całym tym przedsięwzięciu było zdecydowanie to, że dzieci podeszły do zadania ze sporą energią, napędzaną pozytywnymi emocjami – naprawdę się tym cieszyły, choć temat sam w sobie bardzo fascynujący nie jest ;). Nie wiem do końca, co je zainteresowało. Może materiał, na którym można działać, można go dotknąć, poodwracać na wszystkie strony, pobawić się spinkami do bielizny, samodzielnie sprawdzić poprawność wykonania zadania. Jednocześnie to bardzo prosty materiał. Na pewno przegrywa pod względem atrakcyjności z rozmaitymi multimediami. Sądzę, że takie emocje są niezbędne do uczenia się: radość, ciekawość, chęć działania – a nie wstyd i strach, które blokują, betonują, sprawiają, że nieprzyjemne jest samo sięgnięcie do problemu…

Już szykuję kolejny materiał – tym razem do pisowni nosówek, z którymi też są problemy, jakich nie pamiętam ze swojej edukacji wczesnoszkolnej. Nie dlatego, że dzieci są coraz głupsze. Dlatego, że z czasem fonetyka coraz bardziej rozjeżdża się z ortografią – to normalny trend rozwojowy języka – w skutek czego dzieci już zwyczajnie nie słyszą dzisiaj samogłosek nosowych, które w większości pozycji się porozszczepiały na inne dźwięki.

Jedna odpowiedź do “Co za luz w szkole…!”

  1. Nie sadzilam, ze dla dzieci wylacznie polskojezycznych zmiekczenia tez sa problemem. U nas syn ma 9 lat, urodzil sie we Francji a w Polsce po raz ostatni bylismy jak byl jeszcze przedszkolakiem (nie mamy juz do kogo tam jezdzic niestety). Robi polska szkole korespondencyjna (4 klasa w szkole Alfa i Omega) i widze, ze ma wlasnie problemy z polska ortografia. A zmiekczenia to doslownie tragedia, mimo ze pytany o regulki recytuje, ze zmiekczenie z „i” sa przed samogloska.
    Czy mialaby pani te karty w formie elektronicznej albo mogla mi podac liste slowek do stworzenia podobnych kart?
    Dziekuje serdecznie i pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *